Twórczość

 

Ilustracja Ewa Zielińska

Ilustracja Ewa Zielińska

Kobieta jesień

w interpretacji Lucyny Bukato

Ilustracja Ewa Zielińska

Pospieszaj, pospieszaj

w interpretacji Lucyny Bukato

Przytulam miłość. Warszawa lotnisko Okęcie 2002 rok

Przytulić pragnienie

Pytasz mnie o dotyk jutra,

czas, który ma się wydarzyć,

pocałunek z Tobą, bez lustra,

obejmie, przytuli, ośmieli pomarzyć.

Pytasz mnie o ścieżkę  wybraną,

spojrzenie czyste na świat,

krople otuchy, miłość nieskalaną

omijaną samotność, ujmującą lat.

Pytasz mnie jak zmierzyć głębię słów,

niechcianych myśli, przebaczeń

by szukać nowego początku znów,

między ziemią, a niebem zdarzeń.

Pragnienie, uczuć dotykanie

gdzie puka za nimi tęsknota,

lśni w nich tkliwość i oczekiwanie,

w ogniu zmagań, miłość się spotka.

Anna Zielińska-Brudek Kielce,marzec, 2021 roku

Posłuchajcie mojego wiersza "Przytulić pragnienie"

w interpretacji Lucyny Bukato

Jantarowe pole

Ech, to nasze morze,

co nie pozna starości.

W ciasnych głowach faluje,

kipi niebem i kusi.

Sercem wypłukuje

ziarnka piasku,

uwięzione w każdym porze skóry.

Ech, to nasze morze,

jantarowe pole,

wolnością orane.

Uzależnia jak pierwszy pocałunek,

nie zagasi pragnienia

na amen.

 

Anna Zielińska-Brudek z tomu poezji „Tymczasowi” 2012r.

 

Posłuchajcie mojego wiersza "Jantarowe pole"

w interpretacji Arkadiusza Szostaka

Lipiec 2021r. Jestem w Sopocie i rozmawiam z myślami-  Może to morze jest po to, by kipiące fale tęsknoty dopływały do brzegu?

Natura Kałmuka

cały wiersz do przeczytania na łamach witryny pisarze.pl

LINK

Jaśnie panie w dechę jest!
giętki mam język do gadki
i kark do czapkowania.
Każda okazja dobra
do kręcenia kuprem.
Jak zawsze uniżenie
pokłony składam,
oczko puszczam…
na dorobku jestem.

ciąg dalszy…

Poduszka

 

Przyjaciółka białym snem napełniona,

pierwsze i ostatnie czuje tchnienie.

Jak spowiednik od kołyski po zgrzyt wieka,

nadziejami zabrudzony rozum szoruje.

 

Turlają się zbłąkane zapachy miłosne,

moje, twoje i nasze gorące spełnienia.

Rzednieje poduszka i to psie przywiązanie,

daje się potarmosić, przynosi też zdradę.

Kwili sumieniem- taka naga poniewierka,

poci się porzucona nałożnica, wala

Gdzieś tam po cudzych kątach wprost

bezwstydna czasem,

przywiera na jutro aż do zmęczonej ściany.

 

Spod konającej głowy często wyrywana,

Czeka, powiernica na sekretne wyznania.

Ciekawością nadęta układa marzenia.

Takie to życie od poduszki do poduszki.

 

Z  tomu poezji „Tymczasowi” 2012 rok

 

 

Ziemia doczekała się swego Zbawiciela
Teraz TY…
Dajesz nadzieję i wiarę swoim narodzeniem…

 Najpierw Ty, potem my

Nasze modlitwy bez ścian i dachu

codziennie szukają Jezusa

zrodzonego bez strachu,

o czystym spojrzeniu na świat,

gdzie zło z dobrem walczy od lat.

Nasze modlitwy bez  ścian i dachu

spełniło się, zróbcie mu miejsce,

zamiast potęgi , kruszyna mała.

Krople miłości,  jak tykanie zegara

karmią nadzieją,  że zwycięży wiara.

Nasze modlitwy bez  ścian i dachu

płaczą nocą i białym dniem.

Uwalniaj  nas Synu Boży

od  myśli cierniowych.  

Niech przez Twe narodzenie

każdy człowiek serce otworzy.

Anna Zielińska-Brudek, grudzień 2020 roku

 

Posłuchajcie mojego wiersza

w interpretacji Lucyny Bukato

Wiersz opublikowany na portalu pisarze.pl

Konik osierocony” – impresja muzyczna

Od miłości do świętości” – hymn niepełnosprawnych

Ogrodnikowi winnicy
Ks. Biskupowi
Marianowi Florczykowi

Ugina się każdy dzień
pod krzyżem, niewiedzą,
nauczaniem z góry,
litanią niezadanych pytań,
zbieraniem snów o niebie
i drodze do zbawienia.

Niedużo wiemy o prawdzie,
a Ty tutaj, jak w soczewce
na spotkaniach umysłów
skupiasz jasność o miłości
wykąpanej słońcem
w myślach i uczynkach.

Odstają od ziemi
nasze ważne rozmowy
znaczone śladami
stóp idących za Tobą,
aby nie mieć wątpliwości
dokonując wyborów.

W żywym konfesjonale
nadajesz ludzkie cechy
urzędniczej machinie.
By wartości nabrały
tak jak dawniej
naszych przodków słowa:
Bóg, Honor i Ojczyzna.

W oknie zaufania

Dzień rozsuwa zasłonę,
lekką jak zima od lat.
Ścięła przymrozkiem kolory,
przyprószyła, zabieliła i po niej.
Rozpłakały się mgliste chmury.
ślimaczą brzemienne poletka.
O moje szyby
bębnią deszczu krople.

Pora roku się zmienia,
a Ty dajesz pewność,
że nie pomyliłeś miłości
z chęcią posiadania.
Przeciągam spojrzenie-
jesteś w oknie zaufania.
Zawierzyłam, z Tobą idę,
jak cień w nieznane.

Zerwała się lotem wiosna
z piórkami w nieładzie
przysiadła na parapecie.
Pewnie wrzuci przez okno
listy pachnące spełnieniem,
co tak, jak lato odfruną
w głąb obłoków bez dna.
Ma tam przestrzeń swą jesień.

Pora roku się zmienia,
a ty dajesz pewność,
że nie pomyliłeś miłości
z chęcią posiadania.
Przeciągam spojrzenie-
jesteś w oknie zaufania.
Zawierzyłam, z Tobą idę,
jak cień w nieznane.

Tymczasowi

Tlą się w nas jeszcze
niedopowiedziane słowa.
Ukryte skarby milczenia,
na zaś pielęgnowane.
Dopóki trwanie,
kołacze do drzwi.

Jeszcze płomyk dzieli światło,
drży, topi się z gorliwości,
tak jak świeca, a my z nią.
Jakże Ci to wszystko opowiem
jeśli nie będziemy razem?

Gorzkie owoce

Nigdy
samotny człowiek
nie urośnie
z obawy, że zniszczą,
chociaż oczy ma większe
i zna więcej kolorów
niż wiosna i jesień,
a lata ma w sercu tyle
że ogrzeje drugiego.

Upadek nie boli
tylko o nim pogodzenie
powoduje niemoc.

Dobrowolnie za swoją zgodą
zbieramy
gorzkie owoce
samotności.

Pętla na plebanii

Kazanie było wielowątkowe, ale nie rozlazłe: spójne i zborne. Wierni nie ukrywali emocji, kiedy usłyszeli jego zakończenie – „przed wyjściem z plebanii wskazał na reklamówkę, którą ściskał kurczowo i powiedział, że jest w niej sznur wisielczy…”

To, co usłyszałam na kazaniu nie dawało mi spokoju. Ilekroć zbliżałam się do swojego kościoła, ni stąd, ni zowąd zawsze takie same myśli kłębiły mi się w głowie -Co faktycznie zdarzyło się na plebanii? Wybierałam się z tym pytaniem do księdza, żeby mi opowiedział to zdarzenie ze sznurem w tle, ale tak jakoś schodziło.
Czas płynął, tuż przed wakacjami dotarła do mnie wiadomość, że ten najbardziej charyzmatyczny i przekonujący ksiądz Piotr odchodzi z Kielc do innej parafii. To wydarzenie okazało się kijem w mrowisko miejscowego środowiska. Jedni, mówili, że tak być nie powinno, miał wiele jeszcze dobrego do zrobienia. Inni wietrzyli konflikt z proboszczem o wpływy bliźnich. Bo jeden i drugi należą do tych, co chcą być na świeczniku w przenośni i dosłownie. Plotki, domysły urastały do teorii spiskowych.
Długo jeszcze roztrząsano nagłe księdza odejście, a ja nadal nie znałam odpowiedzi na pytanie, którego nie zdążyłam mu zadać. Dobrze się stało, że przeniesiono go zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, nie było więc problemu żeby go odwiedzić. Do tego chyba kojarzył mnie jako parafiankę. Raz zatargałam mu na plebanię worek jutowy z różnymi rzeczami na licytację, którą przygotował dla ministrantów chorych na mukowiscydozę. Kiedy w luźnej rozmowie naskarżyłam na męża, że nie chodzi do kościoła, usłyszałam, „dobrze, że pani chodzi”. Był wyraźnie rozbawiony swoją odpowiedzią, ja mniej.
Na długo zapamiętam jego wizytę po kolędzie. Ot, po modlitwie poruszyłam temat waśni małżeńskich i szybko dobrnęłam do rozwodów. Nie dokończyłam swojego monologu, bo już na jego wstępie twarz duszpasterza spurpurowiała, pojawił się na niej grymas i to nawet nie zgorszenia, czy potępienia, ale rozczarowania. Wysłuchałam ostrej, krótkiej tyrady o tym, jak łatwo przychodzi nam się rozstawać, a jak trudno potem to skleić…

Trzecie spotkanie

Na tym trzecim spotkaniu postanowiłam księdzu wykraść wreszcie tę tajemnicę z plebani. O co z tym sznurem wisielczym chodziło.
Nie było łatwo się umówić, nowa parafia, odpust, wyjazd na rekolekcje dla dorosłych. Po kilku uzgadnianych terminach, w sobotni sierpniowy dzień objechałam prawie 3 tysięczną gminę, aby w centrum, przy samej drodze zatrzymać się obok kościoła. Był otwarty, jeszcze kilka schodków i jestem przy ołtarzu. Starsze kobiety, przygarbione ciężarem własnego krzyża oraz czasu żarliwie szeptały modlitwę. Młode dziewczyny bezszelestnie układały kwiaty, trwały przygotowania chyba do ślubnej mszy. Zanim dotarłam do plebanii przypominającej dworek, uwagę moją zwrócił kosiarz. Kiedy się odwrócił, z trudem rozpoznałam w nim księdza- Szczęść Boże – zdezorientowana wydukałam. „Najlepiej kosić przed południem, gdy źdźbła trawy są sprężyste, mają dużo wody, a w ciągu dnia wraz z upałem trawa staje się wiotka, co sprawia, że nie zostanie równo ścięta” – dowiedziałam się na powitanie. Potem podkreślił, że kapłan nie może przyzwyczajać się do miejsc, jego życiem są ciągłe podróże, domem jest każda parafia. Dom, to także miejsce w którym żyją rodzice.
Taka jest prawidłowość, przynajmniej na tym ziemskim padole- dokończyłam za księdza w myślach. W pokoju, w którym przyszło nam rozmawiać najbardziej podobały mi się firanki i wszechobecne aniołki. Zniewalał sterylny porządek, a wszyscy święci spoglądali na mnie ze ścian z zaciekawieniem.

Nie bałem się

Ksiądz waży słowa. Mówi oszczędnie, nie ubarwia. Między naszymi zdaniami wkrada się cisza, dla mnie zbyt długa, bo przytłacza. Dobrze, że mam możliwość patrzenia w okno, a nie w mojego rozmówcę, który na każde moje pytanie mruży oczy jak na przesłuchaniu. Za szybami widzę mocarne drzewa, pagórki toną w zieleni, a niebo jest tak blisko, że mogłabym go dotknąć. Goniłam wzrokiem obłoki, wreszcie znalazłam sposób na swobodniejszą atmosferę. Zamilkłam na dłużej i usłyszałam to, co chciałam usłyszeć.
– To była moja pierwsza parafia, byłem na etapie poznawania ludzi- wspomina.- Początek jesieni, nocami dochodziły różne dźwięki, a to wiatr strącał konary, a to deszcz bębnił o szyby. Nie jestem czujny, śpię kamiennym snem. Był środek tygodnia. Wtedy położyłem się późno do łóżka. Wydawało mi się, że ledwie głowę przyłożyłem do poduszki, a już obudził mnie dzwonek domofonu. Dwa dźwięki, oba krótkie. Zdenerwowany wyskoczyłem z łóżka, że ktoś przeszkadza mi spać. Na zegarku dochodziła godzina trzecia.
Nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby zawiadomić proboszcza, choć tak powinien zrobić, albo wykręcić numer telefonu na policję. Totalny spokój, żadnego strachu. Przecież jest księdzem ufa ludziom, żyje ich życiem, może to jakiś pijaczek, a nuż człowiek potrzebujący pomocy?

Tajemnica w reklamówce

– Nie pytałem kto to, bez wahania otworzyłem drzwi. Przede mną stał nieznany mi człowiek. Trzeźwy, po pięćdziesiątce, o łagodnych rysach, z lekkim zarostem, schludnie, ale lekko ubrany, w koszulę i spodnie od garnituru. Zapytał, czy może wejść. Kiedy go poprosiłem, żeby usiadł, zwrócił się do mnie po imieniu – Podaj mi Piotrze kawę.
Ksiądz wskazał fotel, podreptał w piżamie do kuchni. Na stole pojawiły się dwie duże, mocne kawy. Nic do siebie nie mówili, tylko od czasu do czasu jakiś zabłąkany dźwięk, czy szmer wdzierał się w przejmującą ciszę. Ich spojrzenia często się spotykały, a wyraz twarzy nieproszonego gościa zmieniał się z minuty na minutę. Nie wyglądał na nieszczęśnika, czasem tylko powieki mu drżały kiedy spoglądał na wskazówki zegara… Wtedy na jego twarzy błąkał się zagadkowy uśmiech.

-Usadowiłem się na drugim fotelu, tuż przy nim. Prawie nie rozmawialiśmy, to spotkanie było dla mnie tak oczywiste, jakbyśmy się znali od dziecka. Jak starzy przyjaciele, którym tylko wzajemna obecność jest potrzebna. Nawet nie byłem tak po ludzku ciekaw po co ten człowiek do mnie przyszedł, a może przyjechał? Czy był z mojej parafii, a może chciał się wyspowiadać? Nie pytałem go o nic.
Uwagę wikariusza przykuwała jedynie wypełniona czymś plastikowa reklamówka, którą nieznajomy miętlił, ściskał, aż mu nadgarstki u palców zbielały. Ani na chwilę nie wypuścił jej z ręki, co by w niej nie było, miała dla niego jakieś szczególne znaczenie.

Cicho mijały godziny. To było ostatnie jego spojrzenie na zegar i promienisty uśmiech. Mężczyzna, który wprosił się w gościnę do kapłana, bardzo powoli, ale zdecydowanie podniósł się z fotela i przemówił- Piotrze, przyjacielu dziękuję. -Tu w tej reklamówce schowałem sznur, chciałem się powiesić. Jednak, kiedy przechodziłem obok kościoła same kroki zaniosły mnie pod drzwi plebani. Pomyślałem, zadzwonię. Jeśli mi ktoś otworzy drzwi, to nie odbiorę sobie życia, a jeśli nie, powieszę się na tym powrozie. Na pierwszej gałęzi.
Przed wyjściem podał księdzu rękę. Nie było rozpaczy, zwierzeń, spowiedzi. Czy się jeszcze kiedyś zetknęli? Tak, w kościele, ten mężczyzna przychodził na msze z pobliskiej wsi. Okazało się, że wikariusz uczył jego córki.
Nigdy jednak nie wrócili do potajemnego spotkania sam na sam o świcie na plebani.

Czas nie należy do Ciebie

Ksiądz nie uważa, że zrobił coś nadzwyczajnego. Tak, mógł mu nie otworzyć drzwi. – To Pan Bóg przysłał go do mnie, w głębi serca czułem, że On wrócił z dalekiej podróży. Nie miałem kłopotu z wyciszeniem jego rozpaczy, wystarczył gest, kilka słów i życie nabrało sensu. Człowiek, którymi targają myśli samobójcze nie powinien pozostawać sam, bo on jednocześnie tęskni za ratunkiem i sygnalizuje swoje zamiary. Każdemu może wyczerpać się odporność psychiczna, najgorsza jest samotność i niska ocena samego siebie. Ci co myślą o rozstaniu się z życiem, określają swoje cierpienie bólem istnienia. Na śmierć zamartwiają się nie tylko zwykli zjadacze chleba. Jeśli jednak ktoś jest naprawdę jest wierzący, a nie na pokaz, to nie popełni samobójstwa.
Jako kapłan i człowiek każdego dnia wybieram kim jestem, a czas nie należy do mnie i do ciebie także nie…

Żeby chciało się żyć

W tym roku w Polsce odbierze sobie życie ponad 4 tysiące osób, w woj. świętokrzyskim więcej niż 200. Statystyczny samobójca jest żonatym mężczyzną, w wieku ponad 50 lat, z wykształceniem podstawowym lub zasadniczym. Wywodzi się ze wsi. Odebrał sobie życie wieszając się w domu, na strychu lub w piwnicy. Nie każdy bowiem trafi na jakąś plebanię, nie każdy spotka tę drugą osobę, która go wysłucha, lub po prostu pozwoli spokojnie usiąść i w milczeniu wspólnie pobyć. To niby tak niewiele, ale czasem może okazać się ceną czyjegoś życia.
Warto otworzyć drzwi…

ECHO Dnia, 2013
LINK